Rozmowa z Zofią Kraszewska-Olczak

Marcin Filipowicz: Od jak dawna mieszka Pani na Osiedlu Karolew

Zofia Kraszewska-Olczak: Od 1964 r. Od razu zamieszkałam przy ul. Wileńskiej.

M.F. A jak wspomina Pani sam początek okresu spędzonego na naszym Osiedlu?

Z.K. Ja poprzednio mieszkałam w Helenówku, w drewniaku i tam nie było ani wody, ani żadnych wygód. Także byłam szczęśliwa, że dostałam to mieszkanie. Tam mieliśmy jeden pokój na pięć osób a tu 3 pokoje.

M.F. Jak spędzało się wtedy wolny czas?

Z.K. Jeśli chodzi o lato, to przede wszystkim na Zdrowiu. Umawialiśmy się z przyjaciółmi i szliśmy tam razem.

M.F. Czy ówczesny Park Zdrowie różnił się jakoś od dzisiejszego?

Z.K. Nie, jeśli chodzi o sam park, to niewiele się zmieniło. Gorzej było z naszym Osiedlem. Bo tutaj była bieda; nie było sklepów, nic nie było. A od Wróblewskiego w stronę Retkini były pola-rosły zboża. Myśmy właśnie drogą między zbożami chodzili do piekarni.

Spółdzielnia mieszkaniowa miała, jak to nazywaliśmy „Domek na kurzej łapce”.On był tam, gdzie dziś jest 164 szkoła podstawowa. Tam, gdzie dziś jest boisko szkolne, był staw.

M.F. Czyli nie było w ogóle dzisiejszego budynku Spółdzielni Mieszkaniowej Karolew i  naszego Domu Kultury?

Z.K. Tak, naszego Klubu Seniora też nie było. A co do spółdzielni, ona nosiła wtedy nazwę Osiedle Młodych.

M.F. No tak. Tu popełniłem błąd, ale tak naprawdę ja sam mieszkałem w budynku Osiedla Młodych na Karolewie przy ul. Sandomierskiej. Teraz mieszkam przy  ulicy Grodzieńskiej. Ja też jestem z  Karolewa, tylko mieszkam tu tylko 30 lat…

Z.K. O!, to jesteśmy prawie sąsiadami.

M.F. No tak, tylko ja z trochę krótszym stażem. A oprócz wieżowca przy Wileńskiej, w którym Pani mieszka, stały już inne budynki mieszkalne?

Z.K. Tak, za mną były jeszcze trzy  czteropiętrowe bloki.

M.F. A co to były Szwedy? Czy Pani zna tę nazwę?

Z.K. Tak, to są zupełnie inne bloki. Nazwa pochodzi, chyba, od szwedzkiego stylu. One się wyróżniają spośród pozostałych. Stoją pomiędzy Wileńską a Wróblewskiego. Jeszcze z czteropiętrowych bloków są tak zwane Warszawiaki. Jest ich 3 czy 4. Są położone przy Wróblewskiego. One pierwsze tutaj stały.

M.F. Na pewno wiele się zmieniło w kontaktach międzyludzkich, sposobie odnoszenia się do siebie od czasów, kiedy zamieszkała Pani na Karolewie?

Z.K. Zawiązywały się większe przyjaźnie. W naszym bloku, np. z Państwem Lukasami żyjemy jak rodzina. Dzieci nasze, my wszyscy na naszym piętrze się przyjaźnimy. Każde imieniny, każde święta spędzamy razem. Myśmy się wszyscy  dawniej znali w bloku z nazwiska. Mimo że 62 rodziny mieszkały. A dzisiaj poumierało bardzo dużo tych starszych ludzi. Część się wyprowadziła.

Mieszkają teraz nowi lokatorzy. Owszem, dzień dobry każdy sobie mówi, ale nikt nie wie, gdzie kto mieszka. To już nie są te czasy. Dawniej dużo społecznie robiliśmy w najbliższym otoczeniu bloku: sadziliśmy drzewa, robiliśmy miejsca parkingowe.

M.F. Czy można powiedzieć, że tych ściślejszych więzi, w obrębie całego bloku, brakuje?

Z.K. Tak. My jak dawniej na naszym piętrze sobie nawzajem pomagamy. W środku nocy potrafimy się obudzić jedno drugie i nikt się nie obraża i pomaga.

M.F. No to fantastycznie. Można, w takim razie, każdemu życzyć takich sąsiadów i takich więzi. A o czym jeszcze chciałaby Pani opowiedzieć ze swoich najwcześniejszych karolewskich wspomnień?

Z.K. To co ja jeszcze pamiętam, to przy Wróblewskiego był taki mostek. A po drugiej strony ulicy była rzeczka. Tam nasze dzieci biegały do tej rzeczki. Bawiły się. To było w miejscu, gdzie teraz jeżdżą tramwaje.

M.F. Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę i poświęcony czas.

                     

Rozmowa została przeprowadzona 21.04.2020 r.

X