Rozmowa z p. Krystyną Rachwalską – pracownikiem filii Karolew Poleskiego Ośrodka Sztuki.

Rozmowa z p. Krystyną Rachwalską -pracownikiem filii Karolew Poleskiego Ośrodka Sztuki i mieszkanką Osiedla Karolew. Rozmowę prowadzi Marcin Filipowicz

Marcin Filipowicz: Od jak dawna mieszka Pani „na Karolewie”?

Krystyna Rachwalska : Od urodzenia, czyli od 1950r.

M.F. A jakie było Pani pierwsze miejsce zamieszkania?

K.R. Na ulicy Wróblewskiego, w prywatnej kamienicy, która miała III kondygnacje. Właściciel tego budynku był zamożnym człowiekiem. Miał jeszcze jedną kamienicę i piękny ogród, w którym hodował nutrie. A my jako dzieci , chodziliśmy tam skosztować owoców prosto z drzewa. Oczywiście bez pozwolenia właściciela… Poza tym w okolicy rosły zboża. Pamiętam też, że były cegielnie i wydobywano glinę do wyrobu cegieł. Potem, jak już te wyrobiska gliny były wyczerpane, powstawały duże zagłębienia wypełnione wodą. To były miejsca niebezpieczne. Ginęli tam ludzie, głównie mężczyźni, którzy na brzegach tych zbiorników raczyli się alkoholem. W związku z tym, że tam było bardzo ślisko, łatwo było znaleźć się w wodzie, z której najczęściej już nie można było się wydostać. Nas-dzieci także przed tymi gliniankami ostrzegano.

M.F. A jakie budynki z tamtych lat dotrwały do dziś?

K.R. Między innymi budynek, w którym mieści się teraz Pomarańczowe Przedszkole przy Wróblewskiego 100. Jeśli poszlibyśmy dalej, w kierunku dzisiaj już stojącego wieżowca przy ul. Wróblewskiego 67, doszlibyśmy do przystanku tramwajowego. Tam zatrzymywały się dwa tramwaje 19 i 24. Niedaleko był kanał, gdzie dochodziło też do wielkich tragedii z powodu spadzistego terenu.

Przy Wróblewskiego zaczęły już powstawać pierwsze domki jednorodzinne. Chodziłam do szkoły podstawowej nr 6, gdzie, w tej chwili, jest XXVI L.O. Ja szłam do szkoły na skróty, często po kolana w śniegu. Wtedy też już po drugiej stronie ul. Wileńskiej był Szpital Madurowicza. Pamiętam też Osiedle Domków Biskupich.

M.F. A jak wspomina Pani szkołę podstawową?

K.R. No powiem krótko-porządek był. Cały czas, przy wejściu do budynku, stali uczniowie z czerwonymi opaskami dyżurnych. Przed ósma mogli wszyscy wejść, później był dzwonek i było zamykane. Był rygor, ale było cichutko, spokojnie. Jak człowiek był niegrzeczny, to dostawał linijką po łapach. A i jeszcze jedna, istotna rzecz: jak zwykle i po dziś dzień większość, podejrzewam, ma problem z matematyką. Jeśli się czegoś nie rozumiało, zgłaszało się to pod koniec lekcji pani matematyczce. Wtedy Pani zapraszała nas do świetlicy i godzinę czy półtorej poświęcała na powtórzenie tej lekcji. Byłam na tyle cwana, że na drugi dzień się zgłaszałam i zawsze te 3+ dostawałam… Na lekcji geografii było tyle map, że cały świat był na tych mapach. Bardzo nauczyciele się przykładali, bardzo. Bardzo dużo zależało od tego, jak nauczyciel wytłumaczył. Były osoby, które nie zdawały-jedna czy dwie, ale to były wyrzutki. Przede wszystkim to chłopaczyska były. Dziewczyny bardziej były zdyscyplinowane.

M.F. A jak dzieci spędzały wolny czas, już po odrobieniu lekcji?

K.R. Wysiadywaliśmy sobie na kocu, graliśmy w takie kamienie. Było 5 kamyków, które rozkładało się na kocu i grało się. Najpierw 1 kamień, potem 2 trzeba było zbierać. Poza tym były spacery między tymi łanami zbóż- w stronę cegielni, ale to już z rodzicami. Poza tym grało się w piłkę, jeździło na rowerze. Kiedy w III klasie szkoły podstawowej poszłam do komunii świętej, to już nie mieszkaliśmy na ul. Wróblewskiego, tylko na Krzemienieckiej- w jednym z bloków należących do Zakładów Femina. Od tego czasu zaczęłam wyjeżdżać z siostrą na kolonie. Pamiętam wieżę spadochronową, która była po drugiej stronie ul. Krzemienieckiej. Z czasem tę więżę rozebrano z powodu samobójstw, do których tam dochodziło. To był okres dużej biedy. Rozgrywały się dramaty ludzkie. Nie było wędliny na co dzień, pomarańczy, bananów. Było ciężko, pamiętam. W miejscu, gdzie teraz jest Dom Pomocy Społecznej Włókniarz był las. Tam chodziłam z koleżankami. Rozkładałyśmy koc i leżało się, opalało. Życie towarzyskie kwitło wokół muszli koncertowej w Parku Zdrowie. Tam bardzo dużo się działo. Przyjeżdżały zespoły. Siedziało się na kocach. Kupiło się oranżadę w papierku albo w butelce z korkiem, bo wtedy jeszcze takie butelki były. Dużo czasu spędzało się na świeżym powietrzu. Teraz jest odwrotnie-czterolatki, pięciolatki mają doskonale opanowany komputer i nie palą się , tak jak my wtedy, do wyjścia na dwór.

M.F. A jeszcze spytam o taką rzecz: Pani mieszkała w bloku Feminy, to ktoś z rodziny musiał tam pracować-tak?

K.R. Tak, moja Mamusia pracowała. Była krojczym, pracowała w krojowni. Produkowano głównie bieliznę damską.

M.F. A czy pomiędzy Pani obecnym miejscem zamieszkania, czyli ulicą Wróblewskiego przy Bratysławskiej, a mieszkaniem na ul. Krzemienieckiej jeszcze gdzieś Pani mieszkała ?

K.R. Tak. Mieszkałam na ulicy Fornalskiej (obecna Wileńska). Pamiętam w 1972 roku byłam na spacerze i wtedy już zostały zbudowane nowe bloki przy „Bocianach” (charakterystyczna rzeźba między Osiedlem Karolew a Retkinią). A ja mieszkałam na ul. Fornalskiej 52. To są okolice dawnego Technikum Elektrycznego czyli niedaleko ul. Grodzieńskiej. Mieszkałam tam z rodzicami od 1971 roku przez 4 lata. A dostałam to mieszkanie, bo pracowałam w Elektromontażu. Wtedy musiałam oddać książeczkę mieszkaniową w rozliczeniu. Poza tym miałam obowiązek przepracowania charytatywnie iluś godzin w moim zakładzie.

M.F. Jeszcze chciałbym cofnąć się do czasów wcześniejszych-już po ukończeniu przez Panią Szkoły Podstawowej. Jak wtedy spędzało się czas?

K.R. Były potańcówki w remizach strażackich. Potrafiliśmy nawet wsiąść w pociąg i pojechać do Kolumny na tańce. Tworzyliśmy tak zwaną „paczkę”. Były też zabawy w plenerze. Wszyscy bardzo pięknie się bawili. Nas na imprezy w lokalach nie było stać. Były kluby, w których można było się spotkać i potańczyć, np. w piwnicy jednego z bloków Spółdzielni Mieszkaniowej Polesie.

To było w pierwszej klatce schodowej bloku sąsiadującego od strony balkonów z ogródkami działkowymi. Potem długi czas była tam taka świetlica dla dzieci, był stół do ping ponga, organizowane były półkolonie. A na zabawach nie było papierosów i alkoholu, bo nikt nie miał na to pieniędzy. Najważniejsza była muzyka i tańce. Tam co sobota chodziliśmy na zabawy. Nie było pieniędzy na wypady, jak to się mówiło: „do miasta”.

M.F. A jak wyglądały relacje sąsiedzkie? Czy ludzie wspierali się bardziej niż dziś?

K.R. Wrócę jeszcze do czasów, kiedy jako dziecko mieszkałam w prywatnej kamienicy na ul. Wróblewskiego. Kiedy przychodził okres świąteczny i piekło się ciasta, wszystkie drzwi do mieszkań były pootwierane. Mieszkania były tak małe, że przez gorąco płynące od pieca, w którym się piekło ciasto, nie można było spać. Nie było złodziejstwa. Wszyscy się szanowali. W sobotę i niedzielę siedzieliśmy sobie na podwórku tej kamienicy. Były komórki należące do poszczególnych lokatorów, ale nic z nich nigdy nie zginęło. A co tam mogło być w tych komórkach…? Przy komórkach stały rowery i nie ginęły.

Wszyscy się znali, dziś sąsiad sąsiada nie zna. Jednym z bogatszych mieszkańców kamienicy był taksówkarz. Miał samochód-starą Warszawę. Reszta to byli zwykli, skromni, biedni ludzie. Obecnie ta kamienica została odrestaurowana . Kilka lat temu był tam dom samotnej matki, a teraz jest tam noclegownia dla mężczyzn.

M.F. Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę i poświęcony czas.

Rozmowa została przeprowadzona 12 V 2020 r.

X