Rozmowa Marcina Filipowicza z Wandą Jaskólską – „Święta Bożego Narodzenia mojego dzieciństwa”

M.F. Jakie są Pani najwcześniejsze wspomnienia Świąt Bożego Narodzenia?

W.J. Moje najwcześniejsze wspomnienia są jeszcze przedwojenne. Mieszkaliśmy wtedy w Warszawie i obchodziliśmy hucznie Boże Narodzenie z całą rodziną. Miałam wtedy pięć lat. Była oczywiście zawsze żywa choinka, prezenty. Nie było tylu bombek tylko zabawki: z wydmuszek z jajek, łańcuchy, cukierki , jabłka, które się czasem podkradało z choinki. Wszyscy też robili zabawki na choinkę. Co roku były robione, np. takie koszyczki z bibułki, bombki i kogutki. Były przepiękne zabawki . Żałuję, że ich nie ma. Świeczki też paliły się na choince, ale zapalało się je dopiero na Wigilię, bo pilnowało się, żeby nie było pożaru. Mama i Babcia kierowały robieniem tych zabawek. Zawsze śpiewaliśmy kolędy. Oczywiście po podzieleniu się opłatkiem. Czuło się tę atmosferę. Tylko czekaliśmy, kiedy ten Mikołaj przyjdzie. Także to dzieciństwo przedwojenne miałam superowskie.

M.F. Czy poszczególne dni Świąt różniły się od siebie, np. gronem, w jakim zasiadaliście do stołu?

W.J. Wigilia była u nas. A pierwszy dzień Świąt i drugi zazwyczaj spędzaliśmy poza domem. Odwiedzaliśmy rodzinę z symbolicznymi prezentami. A na pasterkę szli tylko dorośli, dzieci zostawały w domu. To jak zrobiliśmy lalce badanie, to jej się pół głowy spaliło…. Lalka była u lekarza. Chłopaczyska mi spaliły lalkę.

M.F. A co na Pani robiło największe wrażenie?

W.J. Prezenty. W tym głównie lalki. Łóżko dostałam takie duże dla lalki, pościel. I to wszystko Mikołaj przytargał. Po wyzwoleniu też był zawsze Mikołaj. Zawsze za Mikołaja ktoś z rodziny się przebierał, ale, nie mogłam rozpoznać kto. A w czasie okupacji nie było Mikołaja. Było bardzo skromnie. Prezenty też zresztą dostawaliśmy na Wielkanoc i na Zielone Świątki. Jedzenie mnie nie interesowało. Tylko to było uciążliwe, że ciasta po upieczeniu w piekarni leżały wysoko na szafie trzy dni i nikt nie pozwalał ich jeść. Tylko mogliśmy popatrzeć. To czekaliśmy i myśleliśmy : „Kiedy dadzą…? To były przeżycia. Stół zawsze był zastawiony. Pamiętam, że były kluski z makiem, ryba w galarecie, smażona, kilka rodzajów śledzi. Dalej: kapusta z grochem, pierogi, zupa grzybowa To obowiązkowo. A my-dzieci podkradałyśmy czasem, np. mak przygotowany już na Wigilię. Rodzina się schodziła, bo my zawsze bardzo rodzinnie spędzamy święta, nawet do dzisiejszego dnia. A kiedy wyszłam za mąż, to dopiero były święta. Wtedy miałam już trzech synów i jeszcze rodzina przychodziła. Ja zawsze ich uczyłam i wystawiali jasełka. Jeden z synów grał króla i miał tłuczek do ziemniaków zamiast berła. Oczywiście przychodził Mikołaj. A mój średni syn mówi kiedyś do mnie tak : Mama, ten Mikołaj to chyba ma pierścionki jak nasza Babcia….I on odkrył dopiero, że Mikołaj to nie był Mikołaj. To były zawsze uroczyste święta, dzieciaki czekały. I potem wszystkie Wigilie odbywały się już w moim domu.
Na przykład w tym roku miałam jechać do Czorsztyna, ale wyszło inaczej, bo Wigilia będzie u mnie w domu. Ja sama piekę makowce, pierniki według przedwojennych przepisów. Przygotowania do Świąt zaczynam już na kilka tygodni wcześniej. Ale kolejne dni to już będę spędzać poza domem u rodziny.

M.F. Ale Pani robi to wszystko sama?

W. J. Sama. Będzie też piernik, przekładany dżemem i polany czekoladą. No i makowce, nie takie jak teraz się kupuje, ale super: więcej maku niż ciasta. Ja już jak piekę makowiec, nie zaglądam do żadnych przepisów, ale jak piernik, to muszę do tych starych papierków zajrzeć, żeby zobaczyć, czego tam się dodaje.

M.F. No ja wiem, jaka to jest robota z makowcami, bo kiedyś też robiliśmy, ale to we dwie czy nawet trzy osoby, a Pani wszystko sama… To jest niesłychana robota… Podziwiam Panią.

W.J. Ja wolę sama, pomalutku. Pracę rozłożę sobie na kilka dni. Choinkę ubieram w niedzielę przed świętami, to mi zejdzie ze dwa dni, bo ja dekoruję też cały pokój. Piekłam też zawsze takie kruche ciastka o różnych kształtach- choinek, Mikołajów, bo mam takie formy. Czasem teraz też jeszcze robię, bo wnuczka prosi: „Babcia, tylko zrób domek w tym roku”.

M.F. A jak wyglądały Święta w czasie okupacji?

W.J. W czasie okupacji to było zupełnie coś innego. Z Warszawy nas wyrzucili i mieszkaliśmy gdzieś indziej. Nie było ryb. Człowiek się cieszył, że miał chleb i margarynę. Zamiast choinki była gałązka obsypana jakąś bibułką. Taka namiastka. Żywność była na kartki. Te sześć lat to był zły czas, nie lubię go wspominać. A po wojnie, po wyzwoleniu też ciężko było. Nawet na prezent kawę zbożową się dostawało.

M.F. A jaką pogodę Pani pamięta z czasu Świąt Bożego Narodzenia?

W.J. Zawsze śniegi były. Przed wojną mieliśmy łyżwy i na ślizgawki chodziliśmy. Łyżwy nazywały się śnieżki, nie miały czubków, tylko takie zakręcone były. Przykręcało się je do butów za pomocą takich żabek. A w 1945 r. żeby wydostać się z domu, trzeba było tunele kopać w śniegu. Pamiętam to dobrze, bo wtedy ten cały front szedł, to była makabra. Myśmy na wsi wtedy mieszkali. Pięć rodzin w jednej takiej starej chacie, w której podłogi nawet nie mieliśmy, tylko ziemię. Ale niedaleko był staw, a my takie klapki zakładaliśmy drewniane i ślizgaliśmy się po lodzie. Rzucaliśmy się też śnieżkami. Superowsko, bo to człowiek miał ile? trzynaście lat.

M.F. Serdecznie Pani dziękuję za bardzo ciekawą rozmowę i poświęcony czas.

Rozmowa została przeprowadzona 4 XII 2020 r.

X