Rozmowa Marcina Filipowicza z p. Grażyną-członkinią Klubu Seniora

Rozmowa Marcina Filipowicza z p. Grażyną-członkinią Klubu Seniora działającego przy Filii Karolew Poleskiego Ośrodka Sztuki. Święta Bożego Narodzenia mojego dzieciństwa.

M.F. Jakie są Pani najwcześniejsze wspomnienia Świąt Bożego Narodzenia?

p.G. Pamiętam trochę przygotowania do Świąt i oczywiście choinkę.

M.F. No, to już jest coś. A ile miała Pani wtedy lat i który to był rok?

p. G. Kiedy przeprowadziliśmy się z Łodzi z ul. Zielnej do Ignacewa, mogłam mieć cztery lata, to był 1953 r. Ignacew to była przepiękna miejscowość. Tam był majątek odebrany właścicielom. A kiedy tam zamieszkaliśmy, właścicielem dawnego majątku była Restauracja mieszcząca się na Placu Wolności Sim. To było wielkie gospodarstwo i Tata tam dostał pracę ogrodnika. Mieszkaliśmy w takim pałacyku wraz z innymi pięcioma rodzinami. I otoczenie ( ja wszystko widzę, nawet oczu nie muszę zamykać…) było przepiękne. Tam było pięć stawów, w których pływały ryby, były piękne lipy-pomniki przyrody.
Na początku były tam chlewnie, były konie. Pamiętam też woła którego prowadzili za takie kółko w nosie. Była stodoła, studnia. Mieliśmy wodę źródlaną. Było super. Do tej pory podobno jest tam najlepsza woda w Polsce. Nasze mieszkanie było na pierwszym piętrze. W okna zaglądały nam srebrne świerki. Zimą na łyżwach się jeździło, na sankach. W domu prawie nie siedzieliśmy. Do lasu było 10 minut drogi. Jeśli chodzi o Święta, to wtedy odławiali ryby, także karpie na pewno mieliśmy. Pamiętam, jak siedziałyśmy pod stołem z siostrą, a Mama zabijała tego karpia, a myśmy ryczały na głos i nie pozwalałyśmy go zabić. Potem już przy nas Mama nie zabijała karpi, jakieś ciche akcje były.

M.F. Czyli tym, co przyciągało dzieci była choinka-tak?

p. G. Tak, las był blisko także mieliśmy dużą , piękną, pachnącą choinkę. Pamiętam, że Mama ją ubierała. Także jak myśmy się budziły, to już choinka była ubrana. Pamiętam też wspólne robienie ozdób choinkowych. Łańcuchy się robiło z takiej cienkiej bibułki, wachlarze przetykane słomką. Cukierki wisiały na choince. Były też bombki, ale inne niż teraz-z cienkiego szkła i już ze szklanym uszkiem. Pamiętam, jak kiedyś nam się paliła ta choinka. Przecież nie było lampek, tylko świeczki umieszczone w lichtarzykach i przypięte do gałązek takimi żabkami. No i zapaliły się nam anielskie włosy. Bombki spadały i słychać było takie:” pac, pac”, kiedy spadały na podłogę. Ale jak się rozbiła bombka, to brokat się robiło, który potem wykorzystywaliśmy do ozdabiania zabawek na choinkę. Z Mamą właśnie robiliśmy te ozdoby. To musiało być w Wigilię, było dużo ludzi i udało nam się pożar ugasić. Zresztą wtedy w Ignacewie nie było prądu, tylko lampy naftowe.

M.F. A gdzie jest Ignacew, bo nazwa brzmi znajomo, tylko nie potrafię zlokalizować tej miejscowości?

p. G. Ignacew jest za Konstantynowem i od 1964 roku mieści się tam zakład poprawczy. Wtedy musieliśmy wrócić do do Łodzi.

M.F. A wracając jeszcze do Świąt. Czy pamięta Pani, co stało na stole?

p. G. Moja Mama bardzo smacznie gotowała. Był karp, makiełki, makowiec, ciasto drożdżowe, zupa grzybowa. Alkoholu w ogóle nie było. A poza tym ja nie pamiętam. Moją uwagę przyciągało coś innego-moje zabawy, przyroda. Pamiętam za to, kto był na Świętach: było siedem osób- przyjeżdżała siostra mojej Mamy z mężem. Oni nie mieli dzieci. Od nich zawsze dostawaliśmy słodycze, pomarańcze. Zawsze zostawialiśmy też miejsce przy stole dla niespodziewanego gościa. Stół mieliśmy okrągły.

M.F. A jak było z ilością śniegu?

p. G. Pamiętam, że był rok, kiedy śniegu było do pasa. Kiedy później dojeżdżaliśmy do szkoły tramwajem, to z powodu zasp, czasem tramwaj nie jeździł.

M.F. A pamięta Pani Mikołaja, prezenty?

p. G. Nie było Mikołaja. Moi Rodzice pochodzili ze wsi z okolic Uniejowa, Poddębic. I tam w czasie wojny przeszedł front. W 1939 r. Polacy się bronili, także wsie były spalone przez Niemców i była straszna bieda. Niemcy się mścili. Rozstrzelali bardzo dużo ludzi. Także tam rodzice nie mieli Mikołaja. I kiedy byłam dzieckiem, Rodzice byli na dorobku, kto tam mógł myśleć wtedy o Mikołaju. Ja zresztą nie potrzebowałam żadnych prezentów.

M.F. A czy była różnica między poszczególnymi dniami Świąt?

p. G. Wigilia zawsze była u nas i wtedy była też ciocia z wujkiem, ale oni nie nocowali, bo nie było gdzie. A na pierwszy lub drugi dzień Świąt myśmy jeździli do nich. Nawet mamy takie zdjęcie, jak u nich w domu gramy w karty przy stole.

A jeszcze taką rzecz sobie przypomniałam. Jeździliśmy na gwiazdkę do tej restauracji Sim. Tam każde dziecko dostawało kakao, jakieś ciastka były i dostawaliśmy paczki. I tam takie przedstawienie było. W ogóle to były ciężkie czasy. Rodzice przy nas o wszystkim nie rozmawiali, bo to dzieci paplają. Nie pamiętam też, żeby u nas było wesoło w domu, ale to nie ma się co dziwić, bo rodzice naprawdę traumę wojenną przeżyli. Nie było takiej atmosfery radosnej. Nie tańczyło się,
nie śpiewało. Mój Tata to chyba w ogóle nie umiał się śmiać. Największa śmieszka w domu
to byłam ja. Może dlatego, że ja dużo czasu przebywałam na wsi-u Babci. Ona umiała okazać uczucia. Potrafiła przytulić, powiedzieć, że mnie kocha.

M.F. A jak było, kiedy przenieśliście się Państwo z Ignacewa do Łodzi?

p. G. Ojciec dostał pracę jako ogrodnik-był brygadzistą w Parku Poniatowskiego i tam do emerytury już pracował. Miał w ogóle rękę do roślin. Wykopał dołek, włożył roślinę, nogą przydeptał i rosło.

Święta w Łodzi różniły się od tych spędzanych w Ignacewie. My-dzieci braliśmy już udział w przygotowaniach do Świąt. Na przykład w sprzątaniu .W Łodzi już mieliśmy bogatsze Święta. Było 12 potraw: śledzie-dwa rodzaje, zupa grzybowa z ryżem, kompot z suszu, pierogi. Karp był zawsze. I w Łodzi też już nie było Mikołaja, bo my byłyśmy już duże…
Mikołaj dopiero był w mojej rodzinie, kiedy ja przygotowywałam święta. To nawet moją córkę długo jeszcze dzieci uświadamiały, że Mikołaja nie ma.

M.F. No właśnie, to jest takie błogie uczucie, że ten Mikołaj czuwa i może dlatego dzieci nie chcą przestać w niego wierzyć… A czy jest może coś jeszcze, o czym chciałaby Pani powiedzieć?

p. G. Potem Święta u moich Rodziców to były już takie, że przy stole zasiadało po 14-16 osób, ale to już jak myśmy powychodziły za mąż. Potem pierwszy dzień Świąt był u mnie, drugi u mojej siostry, to już było zupełnie inaczej.

M.F. Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę i poświęcony czas.

p. G. Mnie jest też przyjemnie, bo mogłam sobie to wszystko przypomnieć. Wie Pan co, ja to wszystko teraz widzę: Ignacew, źródełko które tam było , nad nim rosła wierzba. Wiosną pojawiały się na niej takie kotki…

Rozmowa została przeprowadzona 3 XII 2020 r.

X