Rozmowa Marcina Filipowicza z Jędrzejem Lukasem „Święta Bożego Narodzenia mojego dzieciństwa”

M.F. Jakie są Pana najwcześniejsze wspomnienia dotyczące Bożego Narodzenia?

J.L. Może nie najwcześniejsze , ale na pewno sprzed II Wojny Światowej -1938 rok…
Nasze mieszkanie było wysokie-ponad cztery metry, a choinka sięgała zawsze sufitu. Miała swoje ustalone miejsce. Z wielu ozdób, które moja Mama robiła, pamiętam jakby sprężynki nawinięte na stożki. Można było je rozciągać i rozciągać. No i kiedyś – na szczęście nie paliły się wtedy świeczki- bo jak Panu wiadomo w tym czasie nie było lampek elektrycznych na choinkę. Natomiast w odpowiednich lichtarzykach były świeczki. Był zwyczaj, że również gałązki przystrajało się watą imitującą śnieg. To jak Pan sam widzi, to była bomba ogniowa. No ale w tym czasie nie paliły się świeczki, Mamuśka była w kuchni, a Tato już nie żył i ja sobie pociągałem za te sprężynki. Uwielbiałem to robić. No i pociągnąłem kiedyś tak mocno, że przewróciłem choinkę.

M.F. No to od najmłodszych lat miał Pan krzepę.

J.L. No miałem krzepę, ale taką wysoką choinkę postawioną na krzyżaku przewrócić, to była  sztuka. Lania nie dostałem , no ale szkody narobiłem niesamowitej. Odtąd, kiedy przychodzą Święta, to  zawsze ten moment mam przed oczyma.

M.F. A gdzie Państwo wtedy mieszkaliście?

J.L. W Rzgowie.

M.F. A z czym, poza choinką, kojarzyły się Panu święta. Co robiło największe wrażenie?

J.L. Poza choinką prezenty co do, których- tak naprawdę- nie pamiętam, żebym był na nie tak łasy. No i opowiem o drugim moim świątecznym przestępstwie: słyszałem, że to są zimne ognie. Więc jak zimne ognie to znaczy, że nie parzą. I taki palący się zimny ogień przytknąłem siostrze do ręki…

M.F. O, to nieźle, ale dlaczego nie sobie? Panie Jędrzeju?

J.L. Dlaczego nie sobie, no ja czułem, że to jest lekko ciepłe, ale nie parzące, dlatego przytknąłem siostrze. Wtedy pamiętam, że dostałem klapsa. I zaszczepiło mi się trochę w globusie, że nie wszystko to, co się mówi, rzeczywiście jest prawdziwe.

Jeszcze duże wrażenie robiły na mnie zabawki na choinką. Siostrzenica dostała w spadku  trochę tych zabawek-śliczne. To było coś pięknego, Mamusia to robiła. Kleiła z bibułek, koralików, tekturek, słomek. No czego tam nie było. Wychodziły z tego karuzele, żyrandole.

M.F. Ja też pamiętam, że kleiłem na choinkę jakieś pawie oczka.

J.L. Pawie oczka to były dla dzieci. Ja to też kleiłem i  wtedy w 1938 roku miałem cztery lata. Mamusia już wtedy niewiele robiła. To, co było , to z okresu jej panieństwa. Czasem Mama jeszcze coś zrobiła. Ja natomiast wyspecjalizowałem się w robieniu gwiazdek z wąskich pasków papieru. Robiłem to tak sprawnie, że tylko dwie panie przewyższały mnie biegłością. I tę umiejętność zachowałem na całe życie, bo kiedy w Karolewie były warsztaty robienia gwiazdek, ja pomagałem niektórym paniom je robić.

M.F. A czy same przygotowania do świąt, samo oczekiwanie, robiło na Panu wrażenie?

J. L. Ja nie przyjmowałem tej atmosfery świątecznej jako czegoś niezwykłego, bo u nas w domu zawsze była swoboda, humor. Wszystko zaczynało się od tergo, że w pewnym momencie zjawiała się babcia i w kuchni wielki rejwach się robił. Wtedy pieczenie odbywało się w ten sposób, że ciasto wyrabiało się w domu. Potem w foremkach było zanoszone do piekarni i tam było pieczone. To już były lata powojenne. A robiono tak dlatego, że wtedy piekło się ciasta w piecu na węgiel, drewno, w którym był tylko mały piekarnik, gdzie mieściło się jedno, dwa ciasta. A na święta robiło się tego więcej, bo to i pierniki, serniki, makowce, ciasta drożdżowe. I mam też takie wspomnienie: ja znałem tych wszystkich piekarzy, a jak przychodziłem do piekarni, to robiliśmy sobie zabawę w w strzelanie z  mojej wiatrówki do celu, jakim były zapałki. Tam w piekarni były dobre warunki do tego. Były też w domach na wsi specjalne piece do wypiekania chleba i ciast  zwane sabatnikami, najczęściej usytuowane w korytarzu. W nich po upieczeniu chleba można było także upiec ciasto. Lub specjalnie sabatnik był rozgrzewany do pieczenia ciast. Po wyzwolenie, to jak nazbieraliśmy amunicji, tośmy do tego pieca włożyli, żeby nikt jej nie znalazł. W pewnym momencie przyszło nam do głowy, że jutro mają piec chleb . Pietra takiego mieliśmy, bo jeśli oni rozpaliliby ogień, to wszystko wyleciałoby w powietrze. Na szczęście udało nam się amunicję zabrać z tej nietypowej kryjówki i wszystko skończyło się dobrze.

M.F. A czy do kuchni Pana ciągnęło? Gdzie przygotowywano te wszystkie świąteczne smakowitości?

J.L. Nie, nie. Raczej, żeby skubnąć coś gotowego. Uwielbiałem, na przykład przygotowany wcześniej ser na sernik. On był już z bakaliami i przekręcony, słodki-pycha. I druga rzecz-mak. Nie ma Świąt Bożego Narodzenia bez makowców, a dokładnie biorąc bez makiełek. W Wigilię raniutko dziewczyny wraz z ciotką i babcią kroiły bułki w kostkę, a ponieważ było nas wtedy: trzech stryjków, stryjenka, dwie babcie, moja Mama, ja z siostrą. No to tyle osób było i brało się mniej więcej taką 60-centymetrową miednicę, to była wypełniona po brzegi czubato. Nie pozwalano nam jeść i babcia stawiała gotowe makiełki wysoko na kredensie, żebyśmy nie mogli dosięgnąć. To robiliśmy tak: jak babcia odeszła trochę dalej, to stryjek mnie brał na barana , łyżkę miałem przygotowaną i naczynie też i zanim doszło do Wigilii, to połowy z tego nie było.

Dlatego dla mnie nie ma Świąt Bożego Narodzenia bez makiełek. Muszą być. Wie Pan jakie są dobre w pierwszy dzień świąt rano, a jak jeszcze uda się ocalić je do drugiego dnia świąt…Stoją na balkonie takie fajne zmrożone, to tylko myk z łóżka na balkon po makiełki.

M.F. Mówił Pan, że prezenty nie odgrywały tak dużej roli dla Pana tak?

J.L. Tak dużej nie, ale jak to dzieciak- ciekaw byłem, jaką to zabawkę dostanę. Potem, w miarę jak już byłem trochę starszy, to jak dostawałem jakieś elementy ubioru: krawaty, skarpetki itd. to już nie ciągnęło. Nie było już wtedy tego nerwowego oczekiwania.

M.F. A jak długo wierzył Pan w św. Mikołaja? Jak było aranżowane dostarczanie prezentów? Zwykle to było w ten sposób, że dzieci spały, wtedy ładowało się pod choinkę . A dzieci są na tyle sprytne , że już wiedziały, co dostaną, bo gdzie schować te prezenty?

Ciekawsze dla mnie były Mikołajki. Nie wiem czy Pan zna taki zwyczaj, że dzieci wywieszały skarpetki, pończochy rajtuzy. No i święty Mikołaj napychał je łakociami:orzechami, cukierkami. To Pan nie znał tego zwyczaju?

M.F. Znałem. My teraz w Mikołajki wystawiamy do przedpokoju buty i nawzajem sobie dajemy prezenty, ale wkładamy je do butów.

J.L. Też tak było. Ja słyszałem ,że taki zwyczaj był na Śląsku.

M.F. Czy w czasie Świąt spotykał się Pan z większą liczbą członków rodziny niż na co dzień?

J.L. Trudno powiedzieć, że z większą. Więcej to było dalszych członków rodziny i znajomych, którzy normalnie spędzaliby Wigilię samotnie….

Wiadomo było, że nie zostawimy ich samych tego dnia. Cała rodzina w komplecie się zbierała. W tej chwili nam z Żoną jest bardzo przykro, bo pierwszy raz nie zbiorą się wszyscy u nas ze względu na nasz stan -wiek i stan zdrowia.

M.F. Tak Panie Jędrzeju, ale to jest wyższa konieczność -dla Państwa dobra. Trzeba to jakoś  przetrwać, być może przypominając sobie dawne czasy…

J. L. Pamiętam kiedyś na Święta dostałem taką armatkę. Ściągało się sprężynę, ładowało  groch i strzelało się. A u Babci był taki stół, przy którym dwadzieścia parę osób siadało bez problemu. W tym czasie  było przyjęcie, a ja wlazłem pod stół i paniom po nogach strzelałem.

M.F. No to Pan był niezły ananas.

J.K. Ananas ja byłem to od maleńkości. Żona kiwa teraz głową, że to mi zostało.

M.F. A dla dzieci samo spotkanie przy stole było nudne?

J.K. Kiedy byłem mały, to zaszczepiono mi pewne zwyczaje. Do nich należał też taki zwyczaj, że dzieci siedzą przy stole tak długo  dopóki siedzą starsi lub kiedy starsi nie pozwolą dzieciom odejść od stołu. Wiadomo było, że dzieci siedzą jedzą, ale potem już się niecierpliwią, kiedy przyjdzie czas oglądania prezentów. No i wtedy już jak się wzięło te prezenty spod choinki. To wtedy dookoła piętrzyły się sterty prezentów i innych rzeczy i w zasadzie to już była taka swobodna atmosfera. Ale dopóki najstarsza osoba nie dała sygnału, to siedź i nie ruszaj się. Jak już bardzo chciałem, to mogłem grzecznie poprosić: czy ja mógłbym odejść od stołu. Wtedy dostawałem zgodę, albo jej nie dostawałem.

M.F. To ja też pamiętam, że jako dziecko musiałem wstać i powiedzieć: Dziękuję, czy mogą wstać od stołu? Taką formułkę musiałem wypowiedzieć. A proszę powiedzieć czy dla Pana Święta kojarzą się z konkretną pogodą? Bo teraz nie zawsze śnieg jest w czasie Świąt…

J.L. Niech Pan sobie wyobrazi, że  przecież jest takie powiedzenie: „Święty Marcin błoniem jedzie białym koniem”. Myśmy tego dnia -czyli 11 XI siedzieli w parku tak długo, aż zaczął padać śnieg. Ja nie pamiętam roku, w którym śnieg nie zaczął padać. Późno bo późno- nieraz 22-ga już była nawet 23-cia, ale zawsze padał. Za naszych czasów to śniegu było full. W 1941 r. pamiętam, to główna droga Łódź-Piotrków była ledwie przejezdna. Były tunele wykopane i od czasu do czasu mijanka dla pojazdów. Z domu trudno było wyjść. W latach późniejszych jeździłem do Łodzi, do liceum. Na pewnym odcinku tory tramwajowe szły w wykopie i jak była zadymka, to wiadomo -do szkoły  nie idziemy, bo tramwaj nie jechał.

M.F. Czy pamięta Pan jakieś zabawy na śniegu?

J.L. Oczywiście. Mieliśmy takie szersze grono koleżanek i kolegów. Wielu kolegów pochodziło z rodzin gospodarskich, gdzie były konie. Stąd odbywały się kuligi. Sanki się przyczepiało i jechało się do lasu, było pięknie. To są niezapomniane przeżycia. Nie tam w saniach- człowiek ciepło otulony, tylko właśnie na tych saneczkach.

M.F. A może jeszcze chciałby Pan coś powiedzieć, co charakteryzuje tamte czasy?

J. L. To to, że dzieci musiały się inaczej zachowywać. Nie było czegoś takiego, że ktoś przychodzi, siada i telefon do ręki…I właściwie rozmowa odbywa się w eterze a nie z osobami, które siedzą przy stole. Schamieliśmy i nie potrafimy ze sobą rozmawiać. A jeśli nawet jest rozmowa, to nie ma swobodnej wymiany myśli, tylko zaczyna się kłótnia. Poza tym sposób odzywania się i niecenzuralne słownictwo. Dodam, że dziewczyny  potrafią być w tym gorsze od chłopaków. Nie szanują się, a jeśli ktoś sam się nie szanuje, to dlaczego inni mają go szanować? Jeśli w tamtych czasach, o których rozmawialiśmy, powiedziałbym w moim towarzystwie, przy koleżankach słowo „dupa”, to skazany byłbym niemal na banicję.

Jeszcze przypomniał mi się jeden bardzo istotny temat: jasełka. Urządzaliśmy je już po wojnie, kiedy byłem w szkole podstawowej .Już gdzieś w listopadzie zaczynały się przygotowania. Mieliśmy wspaniałego pedagoga, który doskonale te rzeczy prowadził. Uczył nas śpiewu i muzyki i on właśnie organizował tego typu występy. Jasełka odbywały się w remizie strażackiej i przeznaczone były dla szerszej publiczności-nie tylko związanej ze szkołą. W remizie było sporo miejsc, ale nasze występy cieszyły się takim powodzeniem, że musieliśmy wystawiać je dwa lub trzy razy.

M.F. Panie Jędrzeju bardzo serdecznie Panu dziękuję za poświęcony czas. Dowiedziałem się od Pana mnóstwa nowych rzeczy.

Rozmowa została przeprowadzona 2 XII 2020 r.

X